A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 18 .    

    - Nazywam się Lanzotta - grzmiał głos. - Szef szkolenia sierżant Lanzotta. Przez następny Imperialny Rok możecie uważać mnie za Boga.

    Sten, bezpiecznie ukryty w pstrej gromadzie rekrutów, spoglądał kątem oka na stojącego przed nim masywnego mężczyznę w średnim wieku. Lanzotta nosił cętkowany brązowy mundur Bojowej Dywizji Gwardii oraz podwinięty, szerokoskrzydły kapelusz Oddziału Szkoleniowego. Jedyną dekoracją, poza małym czarnym oznaczeniem stopnia, był wieniec wielu gwiazd Weterana Bojowego Oddziału Planetarnych Szturmowców.

    Z obu stron stało dwoje potężnych kaprali.

    - Klękanie i ofiary całopalne nie są konieczne - ciągnął Lanzotta. - Zwykły szacunek i absolutne posłuszeństwo całkowicie mnie uszczęśliwią.

    Lanzotta uśmiechnął się uprzejmie do rekrutów. Jeden z mężczyzn, ubrany w pstrokate, lśniące cywilne jedwabne ubranie z jakiegoś dalekiego świata popełnił ten błąd, że uśmiechnął się w odpowiedzi.

    - Aha. Mamy tu kogoś z poczuciem humoru. - Lanzotta przeszedł do przodu, aż stanął tuż przed tym człowiekiem. Wydaje ci się, że jestem zabawny, synu?

    Z twarzy chłopaka zniknął uśmiech. Nic nie odpowiedział.

    - Myślałem, że zadałem ci pytanie - rzekł Lanzotta. - Czy mówiłem za cicho, kapralu Carruthers?

    Jedna z wielkich postaci poruszyła się lekko.

    - Słyszałam pana dobrze, sierżancie - powiedziała kapral Carruthers.

    Lanzotta kiwnął głową. Jego ręka strzeliła do przodu i złapała rekruta za gardło. Zupełnie bez wysiłku podniósł chłopaka trochę do góry i trzymał.

    - Naprawdę lubię otrzymywać odpowiedzi na moje pytania - powiedział z namysłem. - Chciałbym wiedzieć, czy uważasz, że jestem zabawny.

    - N - nie - zabulgotał rekrut.

    - Zdecydowanie wolę, aby zwracano się do mnie zgodnie z moją rangą - oznajmił Lanzotta. Gwałtownie odrzucił chłopaka. Ten upadł ciężko na ziemię. - Odkryjesz, że poczucie humoru jest niezwykle użyteczne - dodał. - Jest was tu dzisiaj setka. Zostaliście wybrani, aby wstąpić w szeregi Pierwszego Pułku Szturmowców Gwardii. Witam was. Musie wiedzieć o tym, że nasza komisja rekrutacyjna jest bardzo wybredna. Powiedzieli mi, że mniej niż jedna osoba na sto tysięcy kwalifikuje się do Gwardii. Biorąc to pod uwagę możecie uważać się za elitę. Kapralu Halstead, czy oni wyglądają dla ciebie jak elita?

    - Nie, panie sieriancie - zahuczał drugi behemot. - Wyglądają jak coś, co jest na dnie szamba.

    - Umm - zastanawiał się Lanzotta. - Może nie jest aż tak źle.

    Przeszedł wzdłuż nieruchomych szeregów, przyglądając się uważnie rekrutom. Zatrzymał się przed Stenem, zmierzył go wzrokiem od góry do dołu i uśmiechnął się lekko. Potem przespacerował się jeszcze trochę.

    - Przepraszam, kapralu. Masz rację.

    Lanzotta wrócił na przód formacji, potrząsając głową ze smutkiem.

    - Gwardia Imperialna jest najwspanialszą formacją bojową w historii człowieka. A Pierwszy Szturmowy jest najlepszy w Gwardii. Nigdy nie przegraliśmy bitwy i nigdy nie przegramy.

    Przerwał na chwilę.

    - Niektórzy generałowie twierdzą, że zadaniem żołnierza nie jest walczyć, lecz umierać. Jeśli któryś z was, wyskrobki, dożyje do zakończenia szkolenia, to będzie gotowy pomóc żołnierzom drugiej strony umrzeć dla swego kraju. Gwardia nie jest zainteresowana produkcją mięsa armatniego. Wytwarzamy zabójców, a nie pokonanych. Przejdziecie w tym ośrodku szkolenie, trwające pełen rok. Jeśli je zaliczycie, zostaniecie przeniesieni do oddziału polowego. Macie trzy możliwości do wyboru podczas tego roku. Możecie zrezygnować w każdej chwili, a my będziemy szczęśliwi zrzucając was do batalionu zaopatrzeniowego zbierającego szumowiny. Albo możecie nauczyć się, jak być żołnierzami.

    Zaczekał chwilę.

    - Czy kogoś ciekawi trzecia możliwość?

    W odpowiedzi nie zabrzmiał żaden dźwięk z wyjątkiem szumu wiatru, przelatującego przez wielki plac defilad.

    - Trzecia opcja to śmierć - Lanzotta uśmiechnął się znowu. - Kapral Halstead, kapral Carruthers albo ja sam z przyjemnością zabijemy was, jeśli uznamy, że chociaż przez chwilę zagroziliście bezpieczeństwu waszych kolegów w warunkach bojowych, albo że nie ma innego sposobu pozbycia się was. 1a wierzę, ludzie. Wierzę w Imperium i służę Wiecznemu Imperatorowi. Zabrał mnie z wysypiska śmieci, gdzie się urodziłem, i zrobił ze mnie człowieka, jakim jestem. Walczyłem dla Imperium na stu różnych światach i będę walczył jeszcze na stu innych, zanim jakiś drań mnie spali. - Oczy Lanzotty rozjarzyły się. - Ale będę najdroższym kawałkiem mięsa, na jaki kiedykolwiek natrafił.

    Lanzotta, jak gdyby nieświadomie, dotknął odznaki Szturmowców na piersi.

    - A teraz podam wam pierwsze cztery reguły na to, jak pozostać żywym i szczęśliwym. Po pierwsze, musicie myśleć o sobie jak o czymś stojącym dwa stopnie niżej niż ścieki z latryny. Dam wam znać, kiedy uznam, że możecie uważać się za istoty rozumne. W tej chwili wydaje mi się, że to nigdy nie nastąpi. Po drugie, gdy ktoś z kadry zwraca się do was, stajecie na baczność, salutujecie, zwracacie się do niego zgodnie z jego rangą i robicie dokładnie to, co wam każe.

    Skinął na Carruthers. Kapral podbiegła do jednego z rekrutów.

    - TY! - krzyknęła.

    - Tak.

    Pięść kaprala trafiła rekruta w brzuch, aż zwinął się i opadł rzężąc na kolana.

    Carruthers odeszła jeden krok na bok.

    - TY! - wrzasnęła na trzęsącą się kobietę.

    - Tak jest... pani kapral - padła wyjąkana odpowiedź.

    - SKACZ!

    Dziewczyna gapiła się z rozdziawionymi ustami. Pięść Carruthers trafiła ją w policzek, aż upadła.

    - ONI NIE SŁUCHAJĄ, SIERŻANCIE. - Odeszła na bok. - TY!

    - Tak jest, pani kapral - udało się trzeciemu rekrutowi.

    - SKACZ!

    - Tak jest, pani kapral!

    Chłopak zaczął skakać w górę i w dół.

    - ZA NISKO!

    Rekrut skoczył wyżej.

    Carruthers patrzyła, potem pokiwała głową z satysfakcją. Wróciła na swoje miejsce obok Lanzotty.

    - Po trzecie - Lanzotta kontynuował, jak gdyby nic się nie stało. - Będziecie poruszać się biegiem wszędzie, z wyjątkiem wnętrza budynków lub momentów, gdy padnie inny rozkaz. I po czwarte - Lanzotta przerwał. - Czwarta zasada mówi, że wszystko robicie źle. Chodzicie źle, mówicie źle, myślicie źle i w ogóle jesteście nie w porządku. My zaś znaleźliśmy się tu po to, aby pomóc wam zacząć postępować prawidłowo.

    Lanzotta odwrócił się do Halsteada.

    - Kapralu, zabierzcie mi z oczu te śmieci i zobaczcie, czy możecie coś zrobić, aby się poprawili.

    - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE. - Kapral zasalutował i pobiegł na bok formacji.

    - W prawo... patrz! - wrzasnął.

    Sten aż zamrugał, gdy stwierdził, że jego ciało reaguje na hipnotyczne warunkowanie, jakie zaaplikowano mu podczas snu.

    - Naprzód... marsz! Prawa... lewa!

    Formacja rekrutów ruszyła przed siebie potykając się.







   - A to wasz dom, dzieci - głos Halsteada grzmiał pośród długich koszar oddziału.

    Sten i inni rekruci stali, każdy przy swojej pryczy.

    - Dajemy wam łóżko, które będziecie mieli szczęście widzieć przez cztery godziny w nocy - mówił dalej Halstead. Dostajecie jedną szafkę na złożenie swojego wyposażenia. Pokażemy wam, jak je przechowywać.

    Przespacerował się w tę i z powrotem.

    - Wiem, że większość z was wychowała się na brudnej robocie. Będziecie utrzymywać te koszary w czystości. Ale nigdy nie będą wystarczająco czyste.

    Halstead podszedł do drzwi.

    - Macce dwie minuty na rozejrzenie się dookoła. Potem wyjdźcie na zewnątrz pobrać mundury i sprzęt.

    Trzasnęły zamykane drzwi baraku. Przez chwilę trwała cisza, potem szmer podekscytowanych rozmów. Sten rozejrzał się po pomieszczeniu, oglądając swoich kolegów. Byli w dobrej formie, zdrowi. I przerażeni. Nie był najniższy w grupie, ale niewiele brakowało.

    - Farmerzy. To sami farmerzy - powiedział rekrut stojący obok następnej pryczy. Sten popatrzył na niego. To był młody mężczyzna ze świata będącego rajem dla turystów. Ten z "poczuciem humoru". Wyciągnął ustawioną pionowo dłoń do Stena. - Gregor.

    Sten dotknął palców i przedstawił się.

    - Czy jest coś złego w farmerach? - spytał z zaciekawieniem.

    - Zupełnie nic. Właśnie takich Imperium przerabia na bohaterów... - Gregor lekko skrzywił usta.

    - Ale ciebie to nie dotyczy?

    Gregor uśmiechnął się.

    - To ty w tym tkwisz. Ja nie.

    Sten podniósł brew.

    - Oficer. To jest bilet. Schowaj się i patrz. Kiedy zaczną spławiać przegranych... - Gregor znowu się uśmiechnął.

    Nagle zabrzmiał gwizd Halsteada. Zadudniły buty, gdy rekruci gnali w stronę drzwi.

    - BIEGNIECIE ZA WOLNO, DZIECI. O WIELE ZA WOLNO. OSTATNICH PIĘCIU MA DYŻUR W KUCHNI! - zaryczał Halstead.







   - NASTĘPNY! - wrzasnął kapral. Sten, stojący nago w długiej kolejce, zastanawiał się, czy Halstead umie mówić normalnie. Chyba nie, zdecydował. Rekrut przed Stenem podskoczył do wielkiej trumny, wbiegł do środka, ustawił palce nóg na znaku. Halstead zatrzasnął drzwi.

    Zaczekał chwilę, potem je otworzył.

    - WYCHODZIĆ JUŻ, JUŻ, JUŻ! - wrzasnął. Mężczyzna wyskoczył na zewnątrz i pobiegł w głąb korytarza do rynny zaopatrzeniowej, już zapełnionej zapakowanymi mundurami.







    Sten wyjął głowę spod elektronicznego fryzjera. Przejechał niepewnie palcami po swojej z nagła nagiej czaszce.

    Carruthers uśmiechnęła się na jego widok i mruknęła:

    - Taa, wyglądasz nawet jeszcze głupiej, niż się czujesz.

    - Dziękuję, pani kapral! - krzyknął Sten i pobiegł z powrotem do czekającej formacji.







    Sten, z ciężkim workiem podróżnym zwisającym z jednego ramienia, biegł z powrotem w kierunku koszar.

    - SZYBCIEJ, SZYBCIEJ! - wrzeszczał Halstead. - TO WAŻY TYLKO CZTERDZIEŚCI KILO, WYSKROBKI. Kątem oka Sten zauważył Carruthers, klęczącą na piersi jednego z rekrutów, który upadł pod ciężarem worka.

    - Musisz zrozumieć - mruczała Carruthers - my tylko próbujemy ci pomóc, gnojku. - Nagle wrzasnęła, nie schodząc z sapiącego człowieka. - NATYCHMIAST WSTAWAJ!







   - Ooch - Lanzotta mruczał pod nosem, idąc wzdłuż długiego szeregu rekrutów. - Wydaje się wam, że wyglądacie jak żołnierze?

    Zatrzymał się przed jednym z nich. Natychmiast Carruthers i Halstead znaleźli się obok niego.

    - Synu, szwy na bluzie mają się pokrywać ze szwami na spodniach.

    - NIE SŁYSZAŁEŚ, CO POWIEDZIAŁ PAN SIERŻANT? - wrzasnął Halstead ściągając czapkę rekruta na oczy.

    - POWIEDZIAŁ, ŻE WYGLĄDASZ JAK FLEJTUCH krzyknęła Carruthers w drugie ucho chłopaka. Lanzotta ciągnął dalej, jakby nie było obok dwojga wrzeszczących kaprali.

    - Chcemy, żebyś wyglądał jak najlepiej - smutno potrząsnął głową i poszedł dalej, a Halstead rzucił rekruta na pryczę, która załamała się po bokach.

    Lanzotta stanął tuż przed Stenem.

    Sten czekał.

    Lanzotta zmierzył go wzrokiem od góry do dołu, potem popatrzył mu w oczy. Lekki uśmiech skrzywił mu usta. Poszedł dalej.

    W uszach chłopaka zabrzmiał ciężki szept:

    - Wydaje mi się, że pan sierżant ciebie lubi - powiedziała Carruthers. - Myśli, że będzie z ciebie niezły żołnierz. Ja też. Myślę, że powinieneś pokazać nam, jaki jesteś dobry.

    Przerwa.

    - PADNIJ! RÓB POMPKI! DUŻO POMPEK!

    Sten opadł na ziemię, oparł się na rękach i zaczął opuszczać. Carruthers usiadła na jego ramionach i Sten zwalił się na podłogę.

    - POWIEDZIAŁAM RÓB POMPKI! - wrzasnęła Carruthers.

    Stenowi udało się trochę unieść. Kapral wstała.

    - NA NOGI! - krzyknęła.

    Sten powstał, stanął na baczność.

    - MYŚLĘ, ŻE POPEŁNILIŚMY BŁĄD. NIE WYDAJE MI SIĘ, ŻE Z CIEBIE KIEDYKOLWIEK BĘDZIE ŻOŁNIERZ! - wrzeszczała Carruthers. - Z CIEBIE NIE BĘDZIE NAWET DOBRY TRUP!

    Sten stał bez ruchu.

    Carruthers patrzyła na niego chwilę spode łba, a potem przeszła do następnej ofiary.







   - Twój ojciec nie kochał cię, co, rekrucie?

    - NIE, PANI KAPRAL.

    - Twoja matka nienawidziła cię, co?

    - TAK JEST, PANI KAPRAL.

    - A dlaczego twoja matka nie kochała cię?

    - NIE WIEM, PANI KAPRAL.

    - Nienawidziła cię, bo zrobiła kiepski interes nie pozbywając się ciebie, kiedy była w ciąży. Mam rację?

    - TAK JEST, PANI KAPRAL.

    - A kto jest jedyną osobą, która cię kocha, rekrucie?

    - PANI, PANI KAPRAL.

    Sten drgnął, kiedy Carruthers rzucała chłopakiem o ścianę.

    - SKĄD JESTES, WYSKROBKU?

    - Z planety Ryersbad Cztery, panie kapralu.

    - CO? COŚ TY POWIEDZIAŁ?

    - Ryersbad Cztery, panie kapralu.

    - WEŹ TEN KOSZ NA ŚMIECI, REKRUCIE.

    - Tak jest, gnie kapralu.

    - PODNIEŚ GO NAD GŁOWĘ.

    Śmieci posypały się kaskadą na ramiona chłopaka.

    - WŁAŹ W TO.

    Rekrut ukląkł, nakładając stalowy pojemnik na ciało. Natychmiast Carruthers i Halstead zaczęli wymierzać w kosz kopniaki.

    - ŚMIECIU - łup - TY NIE MASZ ŻADNEGO DOMU - łup - GWARDIA JEST TWOIM JEDYNYM DOMEM - łup - SKĄD POCHODZISZ? - łup.

    - Znikąd, panie kapralu - powiedział stłumiony głos z wnętrza puszki.

    Halstead jęknął i usiłował sobie wyrwać ostrzyżone włosy.

    - To beznadziejne - stwierdził cicho. - Absolutnie beznadziejne.

    Wrzasnął znowu:

    - REKRUCIE, MOŻESZ WYJŚĆ Z TEGO KOSZA NA ŚMIECI.

    Usłużnie kopnął w pojemnik. Chłopak wypełznął ze środka, jego mundur był usmarowany i śmierdzący .

    - WYGLĄDASZ, JAKBYŚ WŁAŚNIE ZNALAZŁ DOM, REKRUCIE. TERAZ WEŹ TEN POJEMNIK I ZANIEŚ GO DO STOŁÓWKI. MASZ STANĄM W NIM I MÓWIĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEJDĄ OBOK, ŻE TO JEST TWEJ DOM.

    - Tak jest, panie kapralu.

    Chłopak wziął pojemnik i potykając się poszedł w stronę drzwi.







   - Do łóżek - warknął Lanzotta.

    Nadzy rekruci zanurkowali pod koce. Lanzotta podszedł do drzwi.

    - Chciałbym, żebyście o czymś wiedzieli, dzieci - powiedział. - Mogę szczerze powiedzieć, że nie zdarzyło mi się jeszcze spędzić gorszego pierwszego dnia szkolenia z bardziej żałosną bandą wyskrobków. Nie chce mi się nawet was zabijać. Mam rację?

    - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE - zabrzmiał krzyk ze stu łóżek.

    - Naprawdę trudno mi to wytrzymać. Dobranoc, dzieci. Lanzotta wyłączył światło.

    - Czy jesteście wyczerpani? - zabrzmiało w ciemnościach pytanie.

    - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE.

    - Co takiego?

    - NIE, PANIE SIERŻANCIE.

    Światło zapaliło się znowu.

    - To miło - powiedział Lanzotta. - Macie pięć minut. Wychodzić w stroju do ćwiczeń fizycznych.

    Uśmiechnął się i wyszedł z koszar, podczas gdy rekruci gapili się na siebie w ogłupieniu.







    Sten jeszcze raz przejechał przez twarz maszynką do golenia, tak dla pewności, wyłączył ją i zebrał swoje rzeczy spod prysznica. Pobiegł z łazienki do swojej pryczy. Otworzył szafkę i sprawdzając plan na kartce przyczepionej do wewnętrznej ścianki, ułożył wszystko na miejscu.

    Spojrzał na zegar. Miał jeszcze półtorej minuty wolnego czasu, potem musiał się ubrać. Z pomrukiem zadowolenia usiadł na podłodze. Jego prycza była już złożona na dzień, koc leżał przepisowo na górze.

    - Sten. Pomóż mi trochę.

    Sten wstał i złapał za drugi koniec materaca Gregora.

    Popatrzyli na siebie nawzajem i obaj nagle zachichotali.

    - Doskonały materiał na film o Tyciu rekruta - skrzywił się Gregor. - A propos. Zauważyłeś coś ciekawego?

    - Nie ma nic ciekawego na tym cholernym świecie. Poza łóżkiem, jeśli mogę w nie wpełznąć.

    - Rozejrzyj się dookoła. Coś interesującego. Mamy kobiety w naszej sekcji, tak?

    - Dobrze myślisz, Gregor. Myślę, że muszą zrobić z ciebie oficera.

    - Zamknij się. Wiesz, co jest jeszcze bardziej interesujące? Każdy śpi sam.

    - Pewnie jakieś przepisy zabraniają albo coś takiego.

    - Czy przepisy mogą zatrzymać kogoś, kto ma naprawdę ochotę?

    Sten pokręcał głową.

    - Dodają coś do jedzenia. O to chodzi. Jakieś leki. Bo nie chcą, żeby ktokolwiek przywiązał się do kogoś, kogo prawdopodobnie spławią.

    Sten zastanowił się. Mało prawdopodobne. Jeśli wszyscy czuli się tak jak on, to po prostu nie mieli siły nawet na uśmiech. Zdecydował się zmienić temat rozmowy.

    - Gregor, mówiłeś coś o tym, że chcesz zostać oficerem?

    - Oczywiście.

    - Jak?

    - Mam szansę. Nawet trzy. Po pierwsze, mój tata. Nie mówiłem nic, bo nie chcę wyglądać na samochwałę, ale on jest u steru. Nasza rodzina ma na własność większość Laskera XII. Tata ma wpływy. Byliśmy nawet przedstawieni u dworu.

    Sten patrzył na Gregora z namysłem. Zgadywał, że to miało duże znaczenie.

    - Po drugie: byłem w szkole wojskowej. A więc wiem, o czym oni mówią. I zaręczam ci, że podczas snu pakują w nas znacznie więcej niż tylko warunkowanie.

    - Szkoły wojskowe. Czy Gwardia nie ma czegoś takiego jak akademia? Dla przyszłych oficerów?

    Gregor wyglądał trochę niewyraźnie.

    - Taa, ale mój tata... zdecydowałem, że będzie lepiej, jeśli zacznę od samego dołu. Znasz to, a więc możesz łatwiej zrozumieć ludzi, którymi dowodzisz. Jesteś jednym z nich i tak dalej.

    - Aha.

    - Po trzecie: co jakiś czas wyróżniają jakiegoś wyjątkowo dobrego rekruta i promują go na oficera. Prosto z podstawowego szkolenia.

    - I masz nadzieję, że to będziesz ty?

    - Wskaż kogoś innego. Rozejrzyj się i wskaż.

    Sten popatrzył na rekrutów, wbijających się niezdarnie w mundury.

    - Tak, jak mówił Lanzotta. Są tylko mięsem armatnim. Nie twierdzę, że jestem ósmym cudem świata, ale nie widzę konkurencji. Chyba, że... ty.

    Sten roześmiał się.

    - Nie ja, Gregor. Nie ja. Dawno temu nauczyłem się, że jeśli się nie wychylasz, to cię nie złapią.

    Huknęły otwierane drzwi.

    - DOBRA. POSŁUCHAJCIE. MAMY ZMIANY W PLANIE ZAJĘĆ, BO NA DWORZE ROBI SIĘ ZIMNO. JEST PRAWIE DWADZIEŚCIA STOPNI CELSJUSZA, BĘDZIEMY ĆWICZYĆ. NA DZIŚ OBOWIĄZUJE WYPOSAŻENIE NA ZIMNE DNI.

    Gregor otworzył usta ze zdziwienia.

    - Wyposażenie na zimne dni? Mamy środek lata!

    Sten otworzył drzwi szafki i zaczął wyciągać arktyczny mundur.

    - Zdawało mi się, że zapamiętałeś już to, co Lanzotta mówił o naszym myśleniu.

    Gregor niechętnie kiwnął głową i zaczął się przebierać.







   - Raport!

    - Sten. Rekrut podczas szkolenia!

    Lanzotta rozparł się na krześle.

    - Uspokój się, chłopcze. To tylko formalność. Jak wiesz, Imperium przykłada dużą wagę do tego, aby jego rekruci byli dobrze traktowani.

    - Tak jest, sir!

    - Dlatego zadam ci kilka pytań. Zostaną przesłane do Komisji Praw. Po pierwsze: czy od momentu przybycia na Klisurę widziałeś jakieś przypadki fizycznego maltretowania?

    - Nie rozumiem, sir.

    - Czy widziałeś, żeby ktoś z kadry znęcał się nad jakimś rekrutem? To jest surowo karane przewinienie.

    - Nie, sir!

    - Czy byłeś świadkiem, aby ktoś z kadry zwracał się do rekruta w poniżający sposób?

    - Nie, sir!

    - Czy uważasz, że jesteś szczęśliwy?

    - Tak jest, sir!

    - Odmaszerować.

    Sten zasalutował, odwrócił się i wybiegł. Lanzotta podrapał się w zamyśleniu po policzku i popatrzył na Halsteada.

    - Jego?

    - Nie mam pewności. Ale prawdopodobnie.

następny