![]() |
![]() | |
- A to wasz dom, dzieci - głos Halsteada grzmiał pośród długich koszar oddziału. Sten i inni rekruci stali, każdy przy swojej pryczy. - Dajemy wam łóżko, które będziecie mieli szczęście widzieć przez cztery godziny w nocy - mówił dalej Halstead. Dostajecie jedną szafkę na złożenie swojego wyposażenia. Pokażemy wam, jak je przechowywać. Przespacerował się w tę i z powrotem. - Wiem, że większość z was wychowała się na brudnej robocie. Będziecie utrzymywać te koszary w czystości. Ale nigdy nie będą wystarczająco czyste. Halstead podszedł do drzwi. - Macce dwie minuty na rozejrzenie się dookoła. Potem wyjdźcie na zewnątrz pobrać mundury i sprzęt. Trzasnęły zamykane drzwi baraku. Przez chwilę trwała cisza, potem szmer podekscytowanych rozmów. Sten rozejrzał się po pomieszczeniu, oglądając swoich kolegów. Byli w dobrej formie, zdrowi. I przerażeni. Nie był najniższy w grupie, ale niewiele brakowało. - Farmerzy. To sami farmerzy - powiedział rekrut stojący obok następnej pryczy. Sten popatrzył na niego. To był młody mężczyzna ze świata będącego rajem dla turystów. Ten z "poczuciem humoru". Wyciągnął ustawioną pionowo dłoń do Stena. - Gregor. Sten dotknął palców i przedstawił się. - Czy jest coś złego w farmerach? - spytał z zaciekawieniem. - Zupełnie nic. Właśnie takich Imperium przerabia na bohaterów... - Gregor lekko skrzywił usta. - Ale ciebie to nie dotyczy? Gregor uśmiechnął się. - To ty w tym tkwisz. Ja nie. Sten podniósł brew. - Oficer. To jest bilet. Schowaj się i patrz. Kiedy zaczną spławiać przegranych... - Gregor znowu się uśmiechnął. Nagle zabrzmiał gwizd Halsteada. Zadudniły buty, gdy rekruci gnali w stronę drzwi. - BIEGNIECIE ZA WOLNO, DZIECI. O WIELE ZA WOLNO. OSTATNICH PIĘCIU MA DYŻUR W KUCHNI! - zaryczał Halstead. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
- NASTĘPNY! - wrzasnął kapral. Sten, stojący nago w długiej kolejce, zastanawiał się, czy Halstead umie mówić normalnie. Chyba nie, zdecydował. Rekrut przed Stenem podskoczył do wielkiej trumny, wbiegł do środka, ustawił palce nóg na znaku. Halstead zatrzasnął drzwi. Zaczekał chwilę, potem je otworzył. - WYCHODZIĆ JUŻ, JUŻ, JUŻ! - wrzasnął. Mężczyzna wyskoczył na zewnątrz i pobiegł w głąb korytarza do rynny zaopatrzeniowej, już zapełnionej zapakowanymi mundurami. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Sten wyjął głowę spod elektronicznego fryzjera. Przejechał niepewnie palcami po swojej z nagła nagiej czaszce. Carruthers uśmiechnęła się na jego widok i mruknęła: - Taa, wyglądasz nawet jeszcze głupiej, niż się czujesz. - Dziękuję, pani kapral! - krzyknął Sten i pobiegł z powrotem do czekającej formacji. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Sten, z ciężkim workiem podróżnym zwisającym z jednego ramienia, biegł z powrotem w kierunku koszar. - SZYBCIEJ, SZYBCIEJ! - wrzeszczał Halstead. - TO WAŻY TYLKO CZTERDZIEŚCI KILO, WYSKROBKI. Kątem oka Sten zauważył Carruthers, klęczącą na piersi jednego z rekrutów, który upadł pod ciężarem worka. - Musisz zrozumieć - mruczała Carruthers - my tylko próbujemy ci pomóc, gnojku. - Nagle wrzasnęła, nie schodząc z sapiącego człowieka. - NATYCHMIAST WSTAWAJ! | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
- Ooch - Lanzotta mruczał pod nosem, idąc wzdłuż długiego szeregu rekrutów. - Wydaje się wam, że wyglądacie jak żołnierze? Zatrzymał się przed jednym z nich. Natychmiast Carruthers i Halstead znaleźli się obok niego. - Synu, szwy na bluzie mają się pokrywać ze szwami na spodniach. - NIE SŁYSZAŁEŚ, CO POWIEDZIAŁ PAN SIERŻANT? - wrzasnął Halstead ściągając czapkę rekruta na oczy. - POWIEDZIAŁ, ŻE WYGLĄDASZ JAK FLEJTUCH krzyknęła Carruthers w drugie ucho chłopaka. Lanzotta ciągnął dalej, jakby nie było obok dwojga wrzeszczących kaprali. - Chcemy, żebyś wyglądał jak najlepiej - smutno potrząsnął głową i poszedł dalej, a Halstead rzucił rekruta na pryczę, która załamała się po bokach. Lanzotta stanął tuż przed Stenem. Sten czekał. Lanzotta zmierzył go wzrokiem od góry do dołu, potem popatrzył mu w oczy. Lekki uśmiech skrzywił mu usta. Poszedł dalej. W uszach chłopaka zabrzmiał ciężki szept: - Wydaje mi się, że pan sierżant ciebie lubi - powiedziała Carruthers. - Myśli, że będzie z ciebie niezły żołnierz. Ja też. Myślę, że powinieneś pokazać nam, jaki jesteś dobry. Przerwa. - PADNIJ! RÓB POMPKI! DUŻO POMPEK! Sten opadł na ziemię, oparł się na rękach i zaczął opuszczać. Carruthers usiadła na jego ramionach i Sten zwalił się na podłogę. - POWIEDZIAŁAM RÓB POMPKI! - wrzasnęła Carruthers. Stenowi udało się trochę unieść. Kapral wstała. - NA NOGI! - krzyknęła. Sten powstał, stanął na baczność. - MYŚLĘ, ŻE POPEŁNILIŚMY BŁĄD. NIE WYDAJE MI SIĘ, ŻE Z CIEBIE KIEDYKOLWIEK BĘDZIE ŻOŁNIERZ! - wrzeszczała Carruthers. - Z CIEBIE NIE BĘDZIE NAWET DOBRY TRUP! Sten stał bez ruchu. Carruthers patrzyła na niego chwilę spode łba, a potem przeszła do następnej ofiary. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
- Twój ojciec nie kochał cię, co, rekrucie? - NIE, PANI KAPRAL. - Twoja matka nienawidziła cię, co? - TAK JEST, PANI KAPRAL. - A dlaczego twoja matka nie kochała cię? - NIE WIEM, PANI KAPRAL. - Nienawidziła cię, bo zrobiła kiepski interes nie pozbywając się ciebie, kiedy była w ciąży. Mam rację? - TAK JEST, PANI KAPRAL. - A kto jest jedyną osobą, która cię kocha, rekrucie? - PANI, PANI KAPRAL. Sten drgnął, kiedy Carruthers rzucała chłopakiem o ścianę. - SKĄD JESTES, WYSKROBKU? - Z planety Ryersbad Cztery, panie kapralu. - CO? COŚ TY POWIEDZIAŁ? - Ryersbad Cztery, panie kapralu. - WEŹ TEN KOSZ NA ŚMIECI, REKRUCIE. - Tak jest, gnie kapralu. - PODNIEŚ GO NAD GŁOWĘ. Śmieci posypały się kaskadą na ramiona chłopaka. - WŁAŹ W TO. Rekrut ukląkł, nakładając stalowy pojemnik na ciało. Natychmiast Carruthers i Halstead zaczęli wymierzać w kosz kopniaki. - ŚMIECIU - łup - TY NIE MASZ ŻADNEGO DOMU - łup - GWARDIA JEST TWOIM JEDYNYM DOMEM - łup - SKĄD POCHODZISZ? - łup. - Znikąd, panie kapralu - powiedział stłumiony głos z wnętrza puszki. Halstead jęknął i usiłował sobie wyrwać ostrzyżone włosy. - To beznadziejne - stwierdził cicho. - Absolutnie beznadziejne. Wrzasnął znowu: - REKRUCIE, MOŻESZ WYJŚĆ Z TEGO KOSZA NA ŚMIECI. Usłużnie kopnął w pojemnik. Chłopak wypełznął ze środka, jego mundur był usmarowany i śmierdzący . - WYGLĄDASZ, JAKBYŚ WŁAŚNIE ZNALAZŁ DOM, REKRUCIE. TERAZ WEŹ TEN POJEMNIK I ZANIEŚ GO DO STOŁÓWKI. MASZ STANĄM W NIM I MÓWIĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEJDĄ OBOK, ŻE TO JEST TWEJ DOM. - Tak jest, panie kapralu. Chłopak wziął pojemnik i potykając się poszedł w stronę drzwi. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
- Do łóżek - warknął Lanzotta. Nadzy rekruci zanurkowali pod koce. Lanzotta podszedł do drzwi. - Chciałbym, żebyście o czymś wiedzieli, dzieci - powiedział. - Mogę szczerze powiedzieć, że nie zdarzyło mi się jeszcze spędzić gorszego pierwszego dnia szkolenia z bardziej żałosną bandą wyskrobków. Nie chce mi się nawet was zabijać. Mam rację? - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE - zabrzmiał krzyk ze stu łóżek. - Naprawdę trudno mi to wytrzymać. Dobranoc, dzieci. Lanzotta wyłączył światło. - Czy jesteście wyczerpani? - zabrzmiało w ciemnościach pytanie. - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE. - Co takiego? - NIE, PANIE SIERŻANCIE. Światło zapaliło się znowu. - To miło - powiedział Lanzotta. - Macie pięć minut. Wychodzić w stroju do ćwiczeń fizycznych. Uśmiechnął się i wyszedł z koszar, podczas gdy rekruci gapili się na siebie w ogłupieniu. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Sten jeszcze raz przejechał przez twarz maszynką do golenia, tak dla pewności, wyłączył ją i zebrał swoje rzeczy spod prysznica. Pobiegł z łazienki do swojej pryczy. Otworzył szafkę i sprawdzając plan na kartce przyczepionej do wewnętrznej ścianki, ułożył wszystko na miejscu. Spojrzał na zegar. Miał jeszcze półtorej minuty wolnego czasu, potem musiał się ubrać. Z pomrukiem zadowolenia usiadł na podłodze. Jego prycza była już złożona na dzień, koc leżał przepisowo na górze. - Sten. Pomóż mi trochę. Sten wstał i złapał za drugi koniec materaca Gregora. Popatrzyli na siebie nawzajem i obaj nagle zachichotali. - Doskonały materiał na film o Tyciu rekruta - skrzywił się Gregor. - A propos. Zauważyłeś coś ciekawego? - Nie ma nic ciekawego na tym cholernym świecie. Poza łóżkiem, jeśli mogę w nie wpełznąć. - Rozejrzyj się dookoła. Coś interesującego. Mamy kobiety w naszej sekcji, tak? - Dobrze myślisz, Gregor. Myślę, że muszą zrobić z ciebie oficera. - Zamknij się. Wiesz, co jest jeszcze bardziej interesujące? Każdy śpi sam. - Pewnie jakieś przepisy zabraniają albo coś takiego. - Czy przepisy mogą zatrzymać kogoś, kto ma naprawdę ochotę? Sten pokręcał głową. - Dodają coś do jedzenia. O to chodzi. Jakieś leki. Bo nie chcą, żeby ktokolwiek przywiązał się do kogoś, kogo prawdopodobnie spławią. Sten zastanowił się. Mało prawdopodobne. Jeśli wszyscy czuli się tak jak on, to po prostu nie mieli siły nawet na uśmiech. Zdecydował się zmienić temat rozmowy. - Gregor, mówiłeś coś o tym, że chcesz zostać oficerem? - Oczywiście. - Jak? - Mam szansę. Nawet trzy. Po pierwsze, mój tata. Nie mówiłem nic, bo nie chcę wyglądać na samochwałę, ale on jest u steru. Nasza rodzina ma na własność większość Laskera XII. Tata ma wpływy. Byliśmy nawet przedstawieni u dworu. Sten patrzył na Gregora z namysłem. Zgadywał, że to miało duże znaczenie. - Po drugie: byłem w szkole wojskowej. A więc wiem, o czym oni mówią. I zaręczam ci, że podczas snu pakują w nas znacznie więcej niż tylko warunkowanie. - Szkoły wojskowe. Czy Gwardia nie ma czegoś takiego jak akademia? Dla przyszłych oficerów? Gregor wyglądał trochę niewyraźnie. - Taa, ale mój tata... zdecydowałem, że będzie lepiej, jeśli zacznę od samego dołu. Znasz to, a więc możesz łatwiej zrozumieć ludzi, którymi dowodzisz. Jesteś jednym z nich i tak dalej. - Aha. - Po trzecie: co jakiś czas wyróżniają jakiegoś wyjątkowo dobrego rekruta i promują go na oficera. Prosto z podstawowego szkolenia. - I masz nadzieję, że to będziesz ty? - Wskaż kogoś innego. Rozejrzyj się i wskaż. Sten popatrzył na rekrutów, wbijających się niezdarnie w mundury. - Tak, jak mówił Lanzotta. Są tylko mięsem armatnim. Nie twierdzę, że jestem ósmym cudem świata, ale nie widzę konkurencji. Chyba, że... ty. Sten roześmiał się. - Nie ja, Gregor. Nie ja. Dawno temu nauczyłem się, że jeśli się nie wychylasz, to cię nie złapią. Huknęły otwierane drzwi. - DOBRA. POSŁUCHAJCIE. MAMY ZMIANY W PLANIE ZAJĘĆ, BO NA DWORZE ROBI SIĘ ZIMNO. JEST PRAWIE DWADZIEŚCIA STOPNI CELSJUSZA, BĘDZIEMY ĆWICZYĆ. NA DZIŚ OBOWIĄZUJE WYPOSAŻENIE NA ZIMNE DNI. Gregor otworzył usta ze zdziwienia. - Wyposażenie na zimne dni? Mamy środek lata! Sten otworzył drzwi szafki i zaczął wyciągać arktyczny mundur. - Zdawało mi się, że zapamiętałeś już to, co Lanzotta mówił o naszym myśleniu. Gregor niechętnie kiwnął głową i zaczął się przebierać. | ||
![]() |
![]() |